na druk jeszcze za wcześnie…

na druk jeszcze za wcześnie… header image 1

ONI

July 30th, 2008 · No Comments

Dni osobności - balsam rany,
balsam wspólnoty, ale w ciszę.
Hej, piszę Tobie, piszę, piszę,
Hej, hej! Kochany!

Wzbiera potrzeba i odmowa
bo po cóż wikłać się i łudzić,
Oddzielna rzecz, jednak dla ludzi
A jednak słowa, słowa, słowa!

Odrębność - rzecz nad wyraz prosta,
wyrazy - to jeszcze nie słowa.
Hej, hej! W piwnicy mózgu knować
to nie miłować, ale chłostać!

Hej, hej! Ja przecież Tobie piszę!
Hej, hej, niedługo na tej ziemi!
Oni jak w wyraz zapatrzeni,
odcięci od słów, które słyszę.

→ No CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Jacek Dukaj „Lód” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

July 29th, 2008 · No Comments

Monumentalnego dzieła Jacka Dukaja ze zwykłych względów praktycznych nie przeczytałam powtórnie tak, jak zwykle to robię, pisząc tutaj o książkach. Z pewnością jego wielowarstwowość, a przede wszystkim niuanse językowe wyłowiłabym skuteczniej czytając jeszcze raz, a być może nawet zrozumiałabym liczne odniesienia do pism Mikołaja Bierdiajewa. Niestety, po pierwszym czytaniu jestem blogowo zmuszona do nielicznych tylko o książce uwag.

Tytułowy „Lód” w odróżnieniu od „Śniegu” noblisty Pamuka jest obszarem totalnym, fizycznym i mentalnym a nie tylko klimatycznym przerywnikiem. Jest obsesyjnie obecny zatracając przez to swoje zimno, gdyż pełni rolę zbyt symboliczną i metaforyczną, gubiąc swoje pierwotne znaczenie. Przenika wszystkie warstwy – polityczną, historyczną, obyczajową, geograficzną, romansową, filozoficzną i naukową. Trudno przy tak szerokim i wszechobecnym użyciu zimna zdecydować się na jakąkolwiek interpretację, szczególnie że akcja powieści rozpoczyna się w środku geograficznego lata ponad wiek temu w Warszawie skutej lodem rosyjskiego zaborcy.

Rzecz rozpoczyna się aluzją do „Procesu” Kafki, gdzie dwaj urzędnicy - a ponieważ staroświecki język powieści pełen jest rusycyzmów – czynownicy przychodzą do głównego bohatera, Benedykta Gierosławskiego i go zabierają. Nie grozi mu proces, a podróż, podróż pokutnicza do ojca zesłanego na Sybir.

I tak zaczyna się Syberiada pełna odnóg fabularnych, dyskusji między poznanymi przez bohatera postaciami wielce intelektualnymi, przypominającymi jakością spory z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna.
Jednak ojcem duchowym i patronem całego przedsięwzięcia jest z pewnością Juliusz Verne. Mimo wspomniena „Michała Strogowa” (książka pojawia się w rękach jednej z postaci), Jacka Dukaja interesuje przede wszystkim aspekt wynalazków zwariowanych naukowców dziewiętnastego wieku. I tu postać doktora Nikoli Tesli, projektanta fantastycznych machin do zamrażania Ludzi i Historii i oczywiście niesienia tym ludzkości wybawienia jest wątkiem z pewnością satysfakcjonującym czytelników rozmiłowanych w fantastycznej prozie Jacka Dukaja.
Zawiedzie ich natomiast staroświecki ton powieści, kanapowy i kalesonowy z jej postmodernistyczną stylizacją retro, którą przesiąknięta jest konsekwentnie każda strona tej ogromnej powieści wiążąc ją w całość.
Tak jak w filmach czarno-białych, wykorzystujących prawdziwe wstawki dokumentalne wyrzeka się koloru, tak w tej powieści autor rezygnuje nawet z puszczania oka do współczesności i tkwi konsekwentnie w języku z epoki. Moje pokolenie zrozumie w całości wszystkie zabiegi formalne, a przede wszystkim rosyjskie nazwy przedmiotów i czynności. Wiele z przedwojennego języka jest w powieściach Kornela Makuszyńskiego, wiele nieużywanych już słów pamiętałam w mowie mojej babci. Nie wiem, czy jest to odnowa języka polskiego, czy regres, ale w „Lodzie” język jest i tak największym atutem powieści. Gorzej jest z tzw. przesłaniem, tezą czy jak kto woli, duchem utworu.

Wplatając postacie historyczne – Józefa Piłsudskiego czy Grigorija Rasputina – z całym szacunkiem dla kunsztu pisarskiego autora, gdyż zabieg technicznie jest rozwiązany wzorowo – dostajemy paradokument, gatunek jeszcze jeden w wielości zamkniętych w tej powieści gatunków. I ten ogromny fresk, tak nachalnie przypominający dzisiejsze scenariusze filmów oscarowych, gdzie komputerowe techniki aż się proszą, by takie spektakularne wyzwania podejmować, przechyla się coraz częściej, w miarę czytania, w wielość i w nadmiar, w przedobrzenie komercyjne zatracając harmonię utworu muzycznego.

Wiem, że nie powinnam pisać ani słowa o tej książce, ja, nie cierpiąca wszelkich „Panoram racławickich”, polskiego malarstwa historycznego, sienkiewiczowskich trylogii, a ukłony i hołdy autora „Lodu” w tym kierunku są wyraźne.
Wiem, że narażając się miłośnikom Jacka Dukaja szans nie mam, gdyż mam już do czynienia niemal z religijną formacją fanów pisarza. Jednak samobójczo się tutaj blogowo narażę.

Fortunne wyjście z przeciwieństw – gorąca i zimna, lata i zimy - na których zbudowano wiele arcydzieł – wystarczy wspomnieć „Królową śniegu” Andersena, czy animowany film „The Beatles Yellow Submarine” jest tak pojemne, a bazowanie na mitach, poetyckich symulacjach i rozwijaniu ich strukturalnie właściwe, że pomysłowi na powieść można autorowi tylko pogratulować. I nawet nie trzeba się spierać, jeśli czytelnik do końca nie wie, za czym się właściwie autor opowiada i czy aby wie, za czym. Problem jest wtedy, gdy niejednoznaczność przesłania filozoficznego przeważa i po tych tysiącu stronach odbiorca nie wynosi nic oprócz bardzo podejrzanej podróży dzięki kunsztowi pisarskiemu autora, podróży odbytej po powierzchni historycznych wyobrażeń.
Te wyobrażenia to stereotypy i jeśli szczęśliwie autor posiłkuje się dokumentem (na końcu powieści wymienia teksty źródłowe), to jest jedynie second hand materiału artystycznego, ornament, a nie źródło autorskiego przeżycia.
I nie jest to wina historycyzmu – myślę, że w każdej formie artysta jest w stanie pomieścić to, czego prawdziwa sztuka potrzebuje – nowego spojrzenia na rzeczy, które przyzwyczailiśmy się widzieć już i które w nas zastygły. Posłużę się przykładem:
Spolszczenie „Źródła i sens komunizmu rosyjskiego” Mikołaja Bierdiajewa przeczytałam, jak tylko ukazało się w księgarniach, kilka lat temu. I pamiętam tę historyczną diagnozę, że w carskiej Rosji nie było proletariatu, nie było go wcale, był w innych państwach europejskich, a jednak właśnie w Rosji wybuchła rewolucja proletariacka, właśnie to tam olśniewająco przeczytałam. I to, pamiętam, zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Czytając teraz w „Lodzie” tę rewelację przechodzi ona bez wstrząsu i nie dlatego, że znałam ją wcześniej. Po prostu rzeczy ważne umykają wśród rzeczy wymyślonych, wyssanych z palca, tzw. fantastycznych wstawek bardzo osłabiając wartościowe przesłania.
Jeśli podążymy za Williamem Blake’iem, który uważał industrializację za bezwzględne naruszenie ładu kosmicznego i z furią ją potępiał, to u Dukaja rozkwitający syberyjski przemysł dzięki talentom polskich inżynierów i naukowców zdaje się, jeśli dobrze zrozumiałam, jest afirmujący. Jednak, jeśli Juliusz Verne antycypował pewne pomysły naukowe nie znając ich przecież, to Jacek Dukaj jest właściwie w sytuacji szczęśliwszej i wszelką naukową bzdurę ma przecież już zdiagnozowaną. Podobnie Prus w „Lalce” w postaci Juliana Ochockiego mógł jeszcze sobie naukowo bezkarnie fantazjować, ponieważ on naprawdę jeszcze nie miał możliwości niczego się dowiedzieć. Dlatego fałsz postmodernistyczny jest tak uciążliwy w odbiorze, gdyż jego frywolny, wolnościowy wysiłek w produkcji bełkotu jest tak bezużyteczny.

Kilka słów jeszcze o innych odnogach. Aleister Crowley wymieniony kilkakrotnie krąży w powieści obok wielu sekt religijnych i podobnie jak nieszczęsny Bierdiajew jest bardziej rewolucjonistą niż filozofem i nie wnosi poza kilkoma terminami absolutnie nic ze swoich teorii.
Być może wolno artyście brać wszystko, co się nawinie i mieszać w tyglu swojej fantazji i być może są to zabiegi niewinne. Już nie winię Jacka Dukaja za to, że zmiana historii, pozbawienie jej pierwszej wojny światowej i niepodległości Polski jest kontrowersyjna wobec polskiego patriotyzmu, gdyż i nawet to można sobie jakoś wytłumaczyć powołując się na analogiczne zabiegi u Philipa K. Dicka czy Thomasa Pynchona. Natomiast razi ton obyczajowy wyjęty z najgorszych wzorców powieściowych, czemu patronuje „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza. Ten resentyment za czasami minionymi, kiczowatym obrazkiem rodziny polskiej (stadło irkuckie Wielickiego) jest w powieści bardzo wyraźny, mocny i jednoznaczny.
I wtedy wszelkie matactwa naukowe, cały ten fizyczno – matematyczno- geologiczny bełkot, rozmrażanie i zamrażanie ludzi, ożywianie trupów, nie działają tak silnie jak właśnie ten wskrzeszony z martwych, najgorszy nurt polskiej literatury.

→ No CommentsTags: czytam więc jestem

ZBIÓR MALIN

July 22nd, 2008 · No Comments

Lata metafor wytartych nikt nie zapamięta
gdyż dokładność się łączy w wielość ułud
i, kiedy nawet krew się zmiesza z sokiem, pięta
rozdarta kolcem nie boli. Tutaj nie ma bólu.

Nie przejdę już w mym życiu w czerń gangreny
gdyż czerwień krwi dla trwania jest jednaka;
odeszłam od pustelni, odpadłam od bohemy -
pogrzeb żywych jest ujmą. Nikt po mnie nie płakał.

Być może słodycz strof Leśmiana jest za słodka,
to tylko przecież krew gotuje w skwarze sok,
zagęszcza czas i trzeba dna, by lizać go od środka,
i skwaru słońca w dzień, by się ujawnił mrok.

Nic nie powstrzyma trudu, ucieka pochód letni,
ostatnie krople kolców koniec języka scalił,
a ból zakrzepła krew przemieni skóry prześwit
w strumyczka słodki nurt wyciekający z malin.

→ No CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Sławomir Shuty „Ruchy”

July 21st, 2008 · 2 Comments

Szukając w polskiej prozie najnowszej głosu pozytywnego - na pewno się go nie usłyszy w ostatniej powieści Sławomira Shutego. Śledząc jego twórczość od początku - „Ruchy” są powieścią najbardziej robaczywą, najwyraźniej zepsutą i niestrawną.
Wątpię, by taka twórczość, zarówno w plastyce, zwana swego czasu gatunkiem metaforycznym, a istniejąca od wieków równolegle obok wytworów czystych, była symptomem czasów w których żyjemy, a nie tylko osobniczą przypadłością. Stawiam tezę, że robaczywość twórczości, która dochodzi do głosu w dziełach w różnych, czasami nawet niedostrzegalnych dawkach, jest przez artystę niezamierzona, jednak dla artystycznej roboty zawsze pejoratywna. Można oczywiście upierać się, że wizja artysty, wizja rodem z Hieronima Boscha i wszelkich surrealistycznych usiłowań odgrodzenia się od rzeczywistości, by ją lepiej zobaczyć - nosi prawdę podświadomości i w konsekwencji świat diagnozuje precyzyjniej i mówi nam o nim to, czego nie dostrzegamy.
Nie sądzę. Uważam, że świat kreowany i szyty z onirycznych plugastw jest wyrojeniem jedynie skrzywionej, nieżyczliwej mu osobowości twórcy.

Nie od razu to jest dzieło „złego demiurga”. Sławomir Shuty literacko penetruje dziury i podszewkę społecznego życia, która jak najbardziej ma swoje autentyczne, reporterskie odpowiedniki. Ale przecież tak było zawsze i nigdy z tej materii nie powstawała wielka literatura.
Bramowe świntuszenie w blokach osiedlowych, tym razem w proletariackiej kawiarni ustami dziewcząt jest przecież odwieczne i równie odwiecznie nieciekawe. Ktoś, kto pornografię chce użyć jako materię swojego dzieła artystycznego, zarówno plastycznego, muzycznego jak i poetyckiego, musi kunsztem artystycznym przewyższać proste przedstawienia, gdyż mocne i energetyczne danie w trakcie ważenia ulega szybko zepsuciu i gniciu. Tak dzieje się z ordynarnym językiem, nawet, jeśli autor stara się powymyślać nowe nazwania dla odwiecznie kłopotliwych brzmieniowo narządów płciowych lub użyć znanego już, barwnego hiphopowego nazewnictwa.
„Plaskacz”, wyraz zdałoby się niewinny, w tej prozie natychmiast zostaje porażony ordynarnością i tak już dzieje się do końca książki. Opisy przyrody, życia ptaszków, wiejskich zagród, których Eliza Orzeszkowa nie powstydziłaby się popisując się swoim przyrodniczym znawstwem, u Shutego przemieniają się nie z wody w wino poezji, ale w jak najczystszą gnojówkę.

Ale tematem „Ruchów” nie jest przyroda, a seks, a tytułowe ruchy ewidentnie są ruchami frykcyjnymi.
Nie wiem, dlaczego wszystko, co dotyczy sfery płci jest zwarzone i wyśmiane, nie wiem, dlaczego ulotniła się przyjemność i zachwyt dając w miejsce uciążliwej pracy gaszenia zwierzęcego płciowego popędu międzyludzką obrzydliwość w obu płciach, jakby już inny świat nie istniał, a to letnie zatracenie młodości w obrzydzeniu trwale miało być już stałą towarzyszącą gatunkowi ludzkiemu do końca świata.
Jeśli wierząc autorowi, to miejmy nadzieję, że powinowactwo duchowe, jakimi obdarzyło nas pokolenie wcześniejsze, jest winne wyrodzeniu się takiej, a nie innej progenitury i jest chwilowe:

„Ech, co by tu, kombinował Bulsza i po raz pierwszy w życiu poczuł żal do swych rodzicieli, którzy nie mieli w sobie wystarczającego sprytu i życiowego tupetu, żeby w czasach przeszłych, temu sprzyjających, nabrać pod siebie, ile się tylko da, jak to zresztą czynili wówczas bez wyjątku wszyscy, a potem żyć tylko z procentów. Miał za złe staremu ojcu, że zamiast pożyczać miliony, wynosił z zakładu pracy niewiele znaczące śrubki, uszczelki, kolanka, zawory, małe paczuszki cementu, czyli wszystko to, co może się zmieścić w wewnętrznej kieszeni kurtki, a do tak ograniczonej przestrzeni niewiele co wejdzie, błahostka, badziewie jeno tylko takie, które owszem, podczas remontu mieszkania czy drobnych reparacji urządzeń sanitarnych może się przydać, i na tym, zgadza się, człowiek parę groszy oszczędzi, ale cóż to tyle, wszak można było więcej, ze swojego wszyscy brali, po swoje ręce wyciągali, bo jak wszystko było wszystkich, czyje było wszystko, jak nie wszystkich, no nie tak było?
Ej, tatko, tatko, takiś mi los zgotował, z wianem marnym mnie puściłeś w świat! Ej, tatko, tatko, złym ci synem byłem, żeś mnie tak bezmaterialnie osierocił?”

Miejmy nadzieję, że kiedyś naturalną koleją rzeczy nastąpi biologiczne unicestwienie promieniowania duchowego spadku. Ale, pamiętając słynne z wiersza Baudelaire’a pomosty, przerzucane ponad epokami dzielną pracą artysty, zastanawia materia, jaką będzie następnemu pokoleniu dana przerzucona przez pokolenie Sławomira Shutego. Bo, jeśli po nas choćby potop, to owszem. Ale jeśli nie? Jeśli kwitnąca cywilizacja innych państw w afirmacji i pięknie nadchodzącego życia wskrzesi stare, antyczne piękno z jego wolnością i czystością, to co? Znowu polski palec w nocniku nocnego życia miłosnych klozetowych obłapek?
Zastanawiając się nad proweniencją języka pisarzy pokolenia moich dzieci mogę natrafić na trop niewybrednych komiksów, a w nich dowcipów okołonocnikowych, które to każdemu, kto z etapu analnego nie chce się wydostać i wydorośleć, jest miłe. Wszystkie te, zarówno w prozie Mariusza Sieniewicza, jak i Sławomira Shutego drobiazgowe opisy wydalania moczu, kału, wiatrów, krwi miesięcznej i spermy w nieproporcjonalnej do potrzeby narracji ilościach zaludniają karty powieści.
Jest jeszcze inny niszczący rys tej prozy, która toczy też omawianą wcześniej przeze mnie „Katonielę” Ewy Madeyskiej. To jest chyba wpływ cenionego w Polsce w latach siedemdziesiątych głosu kabaretowego. Ten jednak wartościowy, prześmiewczy ton ubiegłego wieku racjonalny i potrzebny, uległ przedawnieniu, zepsuciu i utracił teraz swoją potrzebną w tamtych czasach moc. Pozostał kamuflażem dla braków językowych, piękno języka, które przy nawet niewielkich artystycznych wysiłkach powinno się objawić - nie nadchodzi, a ironia i dystans autora do swojego dzieła zamieniają się w schemat.

I tak, trącając się łokciami, czytelnik z autorem za pan brat przez te kilkadziesiąt stron idą i tak sobie świntuszą, i tak sobie potem kaca moralnego po tym świntuszeniu kapłaństwem pisarstwa leczą.
Ale niech nikt na katharsis nie liczy, ani na win odpuszczenie.

→ 2 CommentsTags: czytam więc jestem

Nominowani do nominowanych NIKE 2008 Ewa Madeyska „Katoniela”

July 19th, 2008 · No Comments

Chwalebna odwaga autorki w podjęciu niebezpiecznego dzisiaj w Polsce tematu wyrodzenia się narodowej religijności w groźną sektę, zmarnowana została przez literackie wykonanie i nieprecyzyjne przesłanie. Mieszanina ironicznego stylu Jerzego Pilcha i żargonu Doroty Masłowskiej spowodowała artystyczne uproszczenie i schematyzm obcy indywidualności autorki, narzucony i sztuczny. Być może, tak się dzisiaj pisze, i tak się będzie i pisało, ale rzecz jest po kilkudziesięciu stronach niestrawna, co przy naprawdę ważnej tutaj tematycznie fabule budzi w czytelniku tylko żal. Żal zmarnowania.

Knajackość formy razi też poprzez powołanie do literackiego życia bohaterki Anieli równie ordynarnej jak sposób pisania powieści. Antypatyczna jest Aniela jako dziewczynka, jako nastolatka i kobieta zamężna. Opis żywota Anieli przeplatają zgrabnie etapy słusznie pozbawione chronologii, ale efekt antypatyczności jest niezamierzony przez autorkę. Budzi sprzeciw czytelnika - przyłapuję się co i rusz na tym, że nie solidaryzuję się z bohaterką, a za jej popsucie winię nie katolicyzm, jak chce autorka, a właśnie autorkę. Zaraz spróbuję tę karkołomną tezę udowodnić.

Akcja powieści toczy się w Polsce lat osiemdziesiątych. Odmalowany duch czasów przemian i przewartościowań jest wiarygodny i trafny, potwierdzają to moje własne doświadczenia z tych lat. Polska inteligencja, zdezorientowana permanentnym kłamstwem, czerpiąca informacje o życiu społecznym w Polsce jedynie z „Wolnej Europy”, a artystyczne potrzeby nasycająca zapoczątkowanym w kinematografii upominaniem się o moralny niepokój - zwróciła się w akcie desperacji i ratunku do Kościoła wspartego mocnym autorytetem papieża, Jana Pawła II.
Oglądając ostatnio amerykański film „Pierwsza strona” Billy Ray’a opartym na autobiograficznej powieści młodego dziennikarza widać z jak wielką ostrożnością i pietyzmem dla prawdy prestiżowe, opiniotwórcze pisma w zachodnim świecie publikują fakty.
W Polsce lat osiemdziesiątych kłamstwa dziennika telewizyjnego i czasopism były oficjalne i publicznie akceptowane. Wszyscy wchłaniali informacje nie, by się czegoś dowiedzieć, ale by podglądnąć metodę fałszowania i manipulacji. Pół wieku kłamliwej propagandy w latach osiemdziesiątych przybrało kształt społecznej neurozy, dwójistnienia, ogromnego patologicznego nacisku na czułą sferę społecznego zaufania.

W takim klimacie przychodzi na świat powieściowa Aniela, córka lekarki i recepcjonisty hotelowego znającego języki obce, rodziców przynależnych do kościoła katolickiego w rodzinie drobiazgowo i skrzętnie wypełniających jego urzędowe wytyczne.
Jest jakieś ogromne pokrewieństwo w sposobie życia komunistycznego i katolickiego, obozów skłóconych, podczas gdy pierwszy czuje się poprzez metafizyczne pozyskanie łaski wiary, moralnie wywyższony. Pogarda do „komuchów”, ludzi niewiary w katolickie, a partyjne sakramenty, daje katolikom tych lat wielki oręż i siłę.

Powieściowe dziewczynki, postawione wychowawczo w sytuacji niemożliwej dla uratowania budzącego się zdrowego rozsądku rozwiązują swoją egzystencję w jedyny możliwy sposób. Starsza siostra – Marta ortodoksyjnie przyjmuje wszystkie zalecenia Kościoła i na wzór klasztornych dziewic idzie w zatracenie i śmierć doczesną, otrzymując w zamian społeczną świętość. Aniela próbuje desperacko pogodzić życie religijne z brudem życia niereligijnego w buncie i kontestacji brnie w nieszczęście doczesne.
Właściwie na dobrą sprawę wczytując się bardziej w ten literacki donos na wynaturzony katolicyzm widzę, że został napisany jednak feministycznie przeciwko najczynniejszej postaci książkowej, przeciwko mężczyźnie, przeciwko liderowi i animatorowi katolickiego ruchu oazowego, obiektowi marzeń oazowych dziewcząt - przeciwko Totalnemu.
Totalny, tak nazywany młodzieniec w studenckich kołach katolickich i tak również po zawarciu związku małżeńskiego jest nazywany, Totalny obwiniony jest o całe zło, o wszystko, co Aniela nawet, jako dziewczynka idąca do Pierwszej Komunii, uczyniła.

Co bowiem czyni Aniela?
Nie to, co bohaterki Elfride Jelinek, czy Marlene Streeruwitz. U austriackich radykalnych pisarek kobiety to feministyczne ofiary źle chowanych mężczyzn, egoistycznych typów spod ciemnej gwiazdy, maminsynków, którzy w krajach wolnych pokazani są jednak w międzyludzkim wynaturzeniu jako skutek. U Madeyskiej mamy do czynienia z ewidentnym przypadkiem przyczyny.
Aniela, atrakcyjna, a zarazem złośliwa i cyniczna studentka wkracza w świat człowieka o pewnym pomyśle na życie, pewnej konsekwencji wizjonera religijnego osadzonego w dobrze naoliwionej maszynerii kościelnej. Dopiero zło uaktywnia się wraz z pojawieniem się Anieli i jej seksualnej prowokacji bezbłędnie działającej na wyjałowionego z działania pornografii Totalnego. I byłaby w tej powieści przynajmniej jakaś dydaktyka, jakaś nauka, że męskie pożądanie zrodzone z nadprzyrodzonej wizji przedstawionej mu przez Anielę na pierwszej randce – gdzie najważniejszy jest nadprzyrodzone przyrodzenie parkowego onanisty jest pokusą nie demoniczną, a zwykłą, męsko- damską, ordynarną prowokacją, ale nią nie jest. Nie jest, ponieważ o żadnej miłości mowy tu nie ma, nikt bowiem z bohaterów do niej zdolny nie jest, rzecz toczy się wyłącznie wśród tych mechanicznych, manipulacyjnych przepychanek.

Pożycie małżonków bowiem już potem niczego innego nie przypomina oprócz świadczących sobie wzajemnie świństw podobnych pospolitemu rejestrowi sądowych spraw rozwodowych.
Właśnie ta pospolitość zdarzeń, ta zapowiadająca się strindbergowska walka płci już na wstępie pali na panewce, gdyż nie ma w niej żadnej wielkości. Pretensja Anieli, jej neurotyczne mniemanie o własnym zmarnowaniu i bezcenności zawodu nauczycielki, której przyszło nauczać szkolnych debili, jest tym samym roszczeniowym buntem przeniesionym na wszystkie sfery życia.
Zdumiewa zatem jej duma z dobrze ułożonej córeczki, która wzrastając na glebie już zakontraktowanych, o ewidentnym charakterze prostytucji relacji małżonków rokuje w jej mniemaniu jakieś wartości:

I przestała z nim sypiać. I przestała się godzić najpierw na seks wspólny, który i tak zawsze był pojedynczy i dla niego. I wyniosła się do pokoju Marysi.
Miesiąc później Totalny zaczął dawać dodatkowe pieniądze (a przyjdziesz do mojego łóżka? (…) Oprócz stałej kwoty zatem, którą wpłacał na konto Anieli, kwoty wyższej, bo na okoliczność Marysi trochę podniesionej, zostawiał Totalny Anieli dodatkowe pieniądze za nocne usługi.
Forsa miała leżeć rano na kuchennym stole, przy drewnianym pojemniku na chleb.(…)
Ustalił cennik.
Za wymianę okien w pokoju Maryśki (wieje, prosto na łóżeczko dziecka wieje, nie mam gdzie go przestawić, proszę cię, mówiła Aniela) miesiąc oralnego z aneksem do umowy, będziesz mi to robić dwa razy dziennie, alleluja!(…)”

Ponieważ książka, zgodnie z tytułem jest o katolicyzmie, kilka słów o tym.
Niezwykle trafne są opisy niesłychanego boomu lat osiemdziesiątych na katolickie wychowanie, gdy salki katechetyczne były pełne, gdzie w ramach tych jeszcze nie bardzo przygotowanych do takiej wielości wiernych struktur kościelnych rzecz odbywa się z konieczności mechanicznie bez właściwej chrześcijaństwu potrzeby indywidualności. I tu warto by doczekać się u autorki głosu pozytywnego, niekoniecznie moralizatorstwa, ale słusznej postawy i sprawiedliwego wyroku. Patologia opisana w książce może przydarzyć się każdej doktrynie pojętej urzędowo, wszystko wyradza się bez bohaterskiej drogi, bez odważnej, opisanej w starożytnych mitach dzielności. Jednak odium winy spada tu właśnie na religię, jako najwyższe zło, jakie wykoślawia sprawnie funkcjonujący ludzki mechanizm. Tak, jakby religia stanowiła życie, jakby już życie inne nie istniało, a ten zbuntowany owoc katolicyzmu, Katoniela, szedł w swej zapyziałej samowiedzy i po osobistym sparzeniu, ten uwolniony wrak ludzki, pozbawiony wszystkich instynktów samonaprawczych w nowe zniewolenie, tym razem literackie, optymistyczne novum.

I tak sobie myślę, czytając tę książkę, ten dokument stanu ducha polskiej inteligencji u progu dwudziestego pierwszego wieku, tak sobie myślę, czy aby na fali pomstowania na Kaczory, na Ojca Rydzyka i na wszystko, co głupiego się nam, Polakom jeszcze wydarzy, nie pora na jakieś zupełnie uczciwe, prawdziwe, literackie rozrachunki?, a nie tylko neurotyczne utyskiwanie, że w dzieciństwie mieliśmy do szkoły drogę pod górę, a droga była pełna onanistów z wielkim przyrodzeniem i musieliśmy chcąc nie chcąc zostać prostytutkami.
Musieliśmy? Kto nas zmusił? Katolicyzm?

→ No CommentsTags: czytam więc jestem

BLOGI XXIV (choroba niecierpliwości)

July 18th, 2008 · No Comments

Frustracja blogera wynikająca z poczucia, że jego blog jest w kosmosie zbędną nadwyżką literacką jest jak najbardziej zasadna, wiele aktywności ludzkiej mogłoby nie dawać ujścia swoim potrzebom, gdyż owe potrzeby są jak najbardziej wyssane z brudnego palca egzystencji.
Jednak tak nie jest.
Tak jak mnożenie celebracji religijnych w kościele katolickim służy uwięzieniu starych dewotek w murach świątyń, by nie zatruwały w tym czasie życia swoim domownikom, blog może też wyrodzić się w swoją hobbistyczną formę spędzania czasu w sieci, zwielokrotniając wirtualne byty, które toksycznie krążąc, porażają siedzących przed komputerami internautów.

Co jednak uczynić ma zdrowa cząstka blogera, ta, którą Chrystus chce ocalić w Magdalenie, która blogować chce i potrafi, a która wraz z całym wirtualnym światem wrzucona jest do niepochlebnych w blogach wynaturzeń? Nie blogować?
Wiadomo, że geometra w „Zamku” Franza Kafki nie pragnie przecież zwierzęcych kontaktów seksualnych z kobietami powiązanymi z Zamkiem i nie oczekuje na łaskawe pozwolenie wejścia do wspólnoty ludzkiej skupionej przy Zamku. Geometra wikłając się w skandaliczne intrygi i manipulacje pragnie tylko jednego: chce być geometrą i spełnić się w swoim zawodzie.

Podobnie bloger, jeśli jego głos ma brzmieć pozytywnie, jeśli należy do rasy ludzi pozytywnych, to pragnie tylko jednego: mierzyć swoim blogiem przestrzenie duchowe przyjmując za punkt wyjściowy własną rzeczywistość. Oczywiście, podobnie jak w „Zamku” K. nie ma co liczyć na jakikolwiek pozytywny rezultat, gdyż celem jego musi być zawsze nieprzewidywalność ze sprzeczną mu racjonalnością. Forma bloga z jego systematycznością i pedantyczną precyzją przyrządu komputera, dzięki któremu się uaktywnia, siłą rzeczy będzie stawiać wymagania przejrzystości i zmuszać do działań racjonalnych. Jednak prawdziwa, zdrowa robota blogowa cierpliwie winna podążać za pierwotnym posłannictwem, czyli badaniem zjawisk uwolnionych od wszelkich standardowych uwikłań nie tylko zewnętrznych opinii, ale i zwyczajów i obyczajów. Nie ma to nic wspólnego z kontestacją, jedynie z wytrwałym podążaniem za tropem. Tropem będzie zawsze niezgoda pojęta nie naukowo, doświadczalnie w zauważeniu na niedopasowanie wszelkich zauważonych elementów, z którymi trzeba żyć, ale wewnętrznie nie trzeba się godzić. Ta niezgoda to podążanie nie ku prapoczątkom niezniszczonego jeszcze człowieka, a docieranie do własnych wewnętrznych prawidłowości.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

→ No CommentsTags: 2008 · dziennik ciała

BURZA LETNIA II

July 17th, 2008 · No Comments

Nic tak nie koi, gdy w upale chmury gwałtowne kryjąc niebo
rozerwą przestrzeń jak niedbale rzep w portmonetce zwalnia bilon,
by go rozsypać po ulicy przed nowożeńców. Nic tak nie koi, gdy ożywią
krople nieśmiałe ziemię martwą, by spaść już masą,
z pomrukiem grzmotów i hałasem.

A świat obmyty i klarowny to tylko cząstka czasu. Nie bądź
zbyt niecierpliwy. Zbyt dosłowny. Krople uszkodzą kwiat rozkwitły -
pączki się zawsze chronią w masie, by spijać wilgoć. Czas mimikry
jest też zyskowny. Niebo skrywa potencjał daru.
Umiarkowanie nie w szczodrości. Brak umiaru

w burzy, w błękitnych wojownikach, w broni odgłosach, by świat nękać
pozorem klęski. W lecie bywa też strach skończenia. Potem nagle
kończy się koniec. Upał wraca tropikalny, jak w prześcieradle
strach nowożeńców. Powtórzenie w bezładzie zdarzeń.
I nie ma nic, prócz antynomii. I nic prócz suszy i jej marzeń.

→ No CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Bronisław Świderski „Asystent śmierci” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

July 8th, 2008 · No Comments

Wszystko mi się w tej książce podobało: kompozycja, narracja trzymająca w napięciu i współczesna forma powieści - mieszanina różnych literackich gatunków niezapominająca o kręgosłupie głównego tematu.
Jest nim śmierć, odwieczny i przecież nie rozrywkowy problem, a jednak książkę przeczytałam z przyjemnością i uśmiałam się przy tym.

Przyczyną tak dobrego odbioru przeze mnie prozy Świderskiego jest być może podobne mojemu odczuwanie świata, a także ścieżki, którymi meandrycznie wikła się to pisarstwo po przestrzeni lat spędzonych przez autora w Polsce, lat, których też doświadczyłam.
Polska Świderskiego to marzec 68, to Chrystian Skrzyposzek, to Jakub Karpiński, to rzadko spotykane w literaturze bezwzględne podsumowanie moralne własnych rodziców. I emigracja. W jego wypadku - do Danii.

Dania, znana z goryczy filmów Larsa von Triera, widziana jest jeszcze radykalniej, Świderski nie ma żadnych wątpliwości, że źle się dzieje w Państwie Duńskim. Piętnuje obłudę i wygodę dzisiejszej cywilizacji, którą potomkowie Wikingów uprościli do faszystowskiej niemal ksenofobii. A wszystko, jak patron i specjalista od śmierci i jej choroby wiąże Soren Kierkegaard, o którego antysemityzmie Świderski napisał. Wprawdzie w polskim „Przeglądzie Politycznym”, czyli idąc słowami Alfreda Jarry’ego – „nigdzie”, ale jednak obraził wielkiego filozofa, świętość poszargał. Za to przez Duńczyków został ukarany pozbawieniem pracy, wyklęty i wyalienowany przydzieleniem nieprawdopodobnego zajęcia pozyskanego w Urzędzie Zatrudnienia, dla fabuły powieści zasadnego i wiarygodnego. Tak jak w ubiegłorocznej laureatce Nagrody NIKE - Myśliwskiego „Opowieści łuskaniu fasoli” - opowiadana historia życia jest pretekstem do jego ujawnienia. Świderski ten sam zabieg – tym razem asystowanie przy umieraniu - stosuje w swoim utworze, ale o wiele szczęśliwiej.

Opowieści narratora to nocne wynurzenia ambiwalentnej Szeherezady – gdyż patowa sytuacja intencji i finału są tak samo absurdalne, jak i zatrudnienie. Swoim opowiadaniem przy łóżku umierającego nieznajomego ma przedłużyć mu życie, co leży w interesie hospicjum -umieralni, na którą państwo łoży pieniądze i które dzięki istnieniu umierających dobrze finansowo prosperuje. Interesem Urzędu Zatrudnienia jest szybki zgon umierającego w umieralni, co jednoznacznie zawarte jest w umowie zleconej na tę pracę.

Narrator o imieniu i nazwisku autora, nie uchylając się od odpowiedzialności za słowa i zaklinając się, że funduje umierającemu, nazwanemu w powieści Leżący, najczystszą autobiografię, wychodzi poza swoją rolę, niejednokrotnie snując filozoficzne dywagacje pozornie bardzo odległe. Tkanką tych rozważań jest życie autora, życie godne najwyższej uwagi i jakby w zastępstwie nieobecności autobiografii tajemniczego Leżącego, o którym nic nie wiadomo, kim i skąd jest.
Jedynie Narrator i Leżący wiedzą, dokąd idą i nawet, jeśli płeć śmierci jest niewiadoma, to i tak się wkrótce przecież o niej przekonają. Ale tylko ziemskie przebywanie się teraz liczy i konieczne z nim rozliczenie.

Jeśli po przeczytaniu tych zapisków czytelnik zidentyfikuje się z jakimkolwiek z przytoczonych życiorysów, także i z tym, którego nie ma, z życiorysem Leżącego, to wspólnota czasu przeżytego, doświadczonego i danego równocześnie, niesie jakiś wielki, ożywczy optymizm gatunkowej wspólnoty mimo niewesołej Europy.
Dziedzictwo bowiem jest straszne, zarówno kolaborujących z Niemcami Duńczyków, jak i powojennych losów rodziców narratora: matki - gwałconej w Kazachstanie Żydówki i religijnie zafascynowanego komunizmem ojca. Bohater powieści, Bronek, jest cały czas - ratując swoje życie wewnętrzne - zbuntowany, kwestionujący, pokonujący nieludzkie wyzwania przy równoczesnym braku jakiejkolwiek stabilności i niemożności schronienia się pod opiekuńcze skrzydła autorytetu. Nie otrzymuje wsparcia nawet od matki wypalonej wewnętrznie, która po śmierci jego siostry bezceremonialnie mówi mu, że wolałaby by to on umarł:

„Dała mi polskie-arcypolskie imię nielubianego brata ojca. Nigdy mnie nie pocałowała, nigdy nie przytuliła.”

Kwestionuje ojca, którego incydentalne zainteresowanie w dzieciństwie i jego zaangażowanie zawodowe i ideologiczne natychmiast zostaje przez syna odrzucone. A więc nie ma nauk dla Cezarego Baryki, nie ma miłości matczynej i nie na społecznej ideologii, gdyż jego szkoła jest przez matkę traktowana jako kolejne śmiertelnr zagrożenie, w której nie należy się wybijać ani przyznawać, że coś się umie.

Ta powojenna komunistyczna trauma, tak dobrze mi też znana z własnego dzieciństwa w książce opisana jest dowcipnie w bezradnej autoironii.
Rozważania i dywagacje około problemowe zataczają coraz to szersze kręgi przeplatając przyczyny ze skutkami, czas minionych urazów z narosłymi już nowymi problemami. Jednym z nich, wszakże nie nowym, wręcz odwiecznym jest problem polskiej megalomanii. Polak w swej neurotycznej wyższości kultury i chwały postrzegany jest jako mieszkaniec rzadko komu znanemu i chcącego znać trzeciego świata, a może jedynie zaistnieć na fali mody na literaturę postkolonialną, gdyż Gombrowicz „zmarł bezdzietnie”.
Obszerne, często skomplikowane wywody filozoficzne są w swej skromności jedynie potrzebą wyartykułowania, wykrzyczenia krzywdy, a nie wysmakowaną artystycznie kreacją.
A jednak żywość i żarliwość książki, skazanej z założenia na sympatyzujących z taką tematyką czytelników, nie tylko prowadzi w konsekwencji do głównego przesłania, że ścieżki ludzkości wiodą na manowce powtarzając swoje ubiegłowieczne błędy poprzez wrogość do Obcego, wskazuje też na wyrodzenie się intymności i prywatności. To, co u Irwinga Shawa w powieści „Świat według Garppa” było incydentalną koniecznością, staje się w przedstawieniu salowej hospicjum Katriny usiłującej zajść w ciążę z kimkolwiek z umierających mężczyzn, cywilizacyjną normą biedoty, którą nie stać na zapłodnienie in vitro:

Pisano nawet o kobiecych gwałtach na mężczyznach, o ściąganiu męskich prezerwatyw w czasie orgazmu, a nawet o tym, że niektóre kobiety przechowywały kondomy w lodówkach i po wyjściu partnerów próbowały zapędzić niechętne, rozbiegane plemniki do swojego niecierpliwego ciała.”

Z wielości wątków i problemów „Asystenta śmierci” warto zapamiętać tę dość histeryczną, jednak w sensie pozytywnym, intencję mówienia o problemach, a nie przedawniania ich, zamazywania, przemilczania.
Stąd jednoznaczne opowiadanie się za dobroczynnością Listy Wildsteina, stąd ekshibicjonizm autobiografii i symboliczne, oczyszczające działanie duńskiej psychoterapii, wskutek której pacjent–Narrator wykrzyczał takie słowa dotyczących kolebki swojego duchowego dziedzictwa:

 „- O, wy kurwy, potwory jedne, wojny robiliście, po ordery chodziliście, nad innymi górowaliście, a o mnie, małym, bezbronnym chłopcu zupełnie zapomnieliście! Gdzie teraz jesteście, śmiecie, jednocześnie mordercy i ofiary, o, ładne towarzystwo, on morderca, ona ofiara - czy mogłem być z wami normalny?
O, wy przeklęte szuje polityczne i wojskowe, żądne siły i władzy, gnijecie teraz na cmentarzu, dobrze wam tak, to za mój los, za to, że mam życie szare, bez kolorów i radości!”

Tematem książki jest też niepokój o kierkegaardowskie „Powtórzenie”.
Powtórzenie niechęci do innych nacji, powtórzenie piekła, w którym Europa w dalszym ciągu tkwi, hodując w najlepsze swoje choroby.
Na końcu książki Mette - kierowniczka Urzędu Zatrudnienia w surrealistycznym zapędzie morduje poduszką Leżącego. Zleceniodawczyni upiornej pracy Narratora w czasie świąt Bożego Narodzenia w chrześcijańskiej trosce wybiera racjonalizm:

„Przecież, o czym zresztą wcale nie wiedziała, jedyny Duńczyk, który przekonywająco mówił o potrzebie indywidualnej refleksji, o tym, że tylko jednostka może poznać prawdę i fałsz i że nigdy nie jest do tego zdolny kolektyw, nigdy naród, nigdy związek ogrodników lub profesorów uniwersytetu - ten Duńczyk, autor zalecanej przez nią „Choroby na śmierć”, sprawiał jednocześnie, że mocno zasypiała po szybkim przewróceniu dwóch-, trzech kartek jego dzieła.”

→ No CommentsTags: czytam więc jestem

Jerzy Pilch „Pociąg do życia wiecznego” Nominowani do nominowanych „NIKE 2008”

June 27th, 2008 · No Comments

Pół wieku temu Hermann Hesse w „Grze szklanych paciorków” pastwił się na „epoce felietonów”, czyli na upadku sztuki i dobrego smaku, dowodząc, że taka forma literacka może być jedynie zapowiedzią zmierzchu literatury.
I dzisiaj jak gdyby nigdy nic, Jerzy Pilch startuje felietonami do wyścigu o laur najlepszego utworu literackiego języka polskiego. A więc felieton, nie jako konieczność zarobkowania - żyć z czegoś trzeba – ale jako docelowa autokreacja.

Najprawdopodobniej felietonem nie da się osiągnąć swobody wypowiedzi takiej, jaką swobodnie osiągają - przechadzając się po nieprawdopodobnie z pozoru odległych wiodącemu tematowi skojarzeniach –eseiści. Najprawdopodobniej też temperament literacki Jerzego Pilcha nie sięgnie nigdy po rzeczy pogłębione i odkrywcze, zawsze będzie pisarz snuł swoje dywagacje po powierzchni, żeglując swobodnie i prowadząc czytelnika na jedynie wycieczkę, a nie w podróż. Wyjściem zawsze jest ten sam port i powrotem jednocześnie, podróż ta bowiem nie ma - mimo przeróżności tematów - żadnego celu ani brzegu. Wracamy więc po lekturze do tego samego relatywnego punktu mentalnego, który nazywa się „na dwoje babka wróżyła”.
Na czym polega ów niedosyt, owo rozczarowanie, po którym nie smakujemy wieszcza, nie otrzymujemy żadnych odpowiedzi, które autor jednak obiecuje dać, nie wracamy mądrzejsi?

Pilch próbuje rzeczywistość otwierać trzema, może czterema wytrychami. Nie są to klucze, a właśnie wytrychy. Pilch włamuje się do obszarów nie swoich, kluczy nie posiada i przez to nie dociera do żadnej prawdy, jedynie jej pozoru. Cokolwiek powie się o prawdzie, zakwestionuje i filozoficznie jej brak udowodni, dla mnie, czytelnika poszukującego prawdy artystycznej w utworach literackich, a nie tylko miłych i inteligentnych pogaduszek, jest priorytetowa.

Pierwszy wytrych to protestanckie dzieciństwo i młodość – legendarna kraina rodzinnego domu w Wiśle. Zawsze jako dyspozycyjna wyrocznia i usprawiedliwienie, zawsze panaceum neurotyczne na wszystko, co zdiagnozuje tą soczewką przez którą ogląda problem. Ten lisi wybieg, wciskający czytelnikowi najbardziej nieprawdopodobne i nie do obronienia anomalie życia próbuje autor zbagatelizować, strywializować, rzeczy nie do obronienia obronić, zamazać i zaakceptować.
Jest coś w tym z upiornego sposobu bycia życiowego partnera, niereformowalnego, który w życiu codziennym kurczowo trzyma się uciążliwych i absurdalnych zwyczajów tylko dlatego, że „tak to robi moja mamusia”. Obsesyjny konserwatyzm, wbrew wszystkiemu, co zostaje potem zdroworozsądkowo w felietonie napisane, pozornie nie szkodzi, pozornie jest tylko literackim ozdobnikiem i kolorem. Pozornie, gdyż promieniuje na całą felietonową wypowiedź. Autor, przyznając sobie różne słabostki i przywary, pokazuje, jak przepraszający pies brzuszek i z dobrodusznością grzesznika kokieteryjnie mówi: wybaczcie, taki jestem, ale z moich wad jestem rad!

Ponieważ równolegle z książką Pilcha czytałam Filipa Rotha “Konające zwierzę” i napotkałam tam identyczny problem jednego z felietonów tego wyboru („Miłość zmysłowa w Bibliotece”), mogę analizę zjawiska pozorności Pilcha udowodnić. Roth, pisząc o ewolucji obyczajowości w Ameryce pisze o uprawianiu miłości w amerykańskich bibliotekach jako wyraz kontestacji i wolności. Roth pisze:

Na studiach Carolyn dzieliła pokój z jedną z największych numerantek kampusu, niejaką Janie Wyatt, charyzmatyczną aktywistką lat sześćdziesiątych w stylu Abbie Hoffman, dziewczyną z Manhasset, która napisała u mnie uroczą pracę dyplomową pod tytułem „Sto sposobów perwersyjnych zachowań w bibliotece”. Zacytuję pierwsze zdanie:

„Spółkowanie w bibliotece to sama istota rzeczy, występek usankcjonowany, kampusowa czarna msza”. Janie ważyła najwyżej pięćdziesiąt kilo, mierzyła góra metr sześćdziesiąt, albo i to nie - i właśnie ta malutka blondyneczka, którą można było, zda się, podnieść i podrzucić jedną ręką, właśnie ona była uczelnianą królową świntuchów. (…) Za to Janie - pozwolę sobie jeszcze na chwilę dygresji o Janie, gdyż to ona swymi skromnymi środkami odegrała rolę Simona Bolivara wobec Consueli Castillo. Tak, była to wielka rewolucyjna przywódczyni, na wzór południowoamerykańskiego Bolivara, którego armie zniszczyły potęgę kolonialnej Hiszpanii - insurekcjonistka, która nie bała się porwać na przeważające siły, „libertadorka”, która godziła w panującą uczelnianą moralność i ostatecznie starła w proch autorytet administracji.”

Pilch, przytaczając słowami studentki germanistyki zwierzenia w „Gazecie stołecznej” jedynie porozumiewawczo puszcza oko reagując na to obyczajowe novum:

„Dla mnie to miejsce (Biblioteka - JP) odreagowania i kochania. Dosłownie. Spotykam się ze swoim chłopakiem na którymś z poziomów, najlepszy jest poziom drugi, i dajemy sobie miłość w tej świątyni wiedzy. Do tego trzeba znaleźć na te kilka minut spokojny zakątek między regałami. Ostatnio kochałam się, mając ze swej lewej strony dzieła Marie von Ebner-Eschenbach, a z prawej kilka tomów Roberta Musila”.

Pikantny zwyczaj „dawania sobie miłości” jako zjawisko ostatnich lat właściwie niczego nie udawania poza jego pikantnością, a dowcipne dworowanie sobie w rozmarzeniu z tak liberalnych stosunków społecznych, by w ten sposób poczętym dzieciom przyznawać prawo do dodatkowej książki, którą jak dorosną będą mogły pożyczać, pozostaje w dalszym ciągu na poziomie inteligentnego dowcipu. A więc nie zmiana obyczaju, który w dalszym ciągu protestancko uważa za grzeszny, a przyzwolenie na słabość, na grzeszność.
Drugim kompleksem Jerzego Pilcha jest Tygodnik Powszechny. Przewija się w większości felietonów. Jeśli nie jest tematem głównym („Tygodnikowi” na sześćdziesiątkę”), to zahacza w licznych tematach bezpośrednio go niedotyczących.
Jeśli na mój blog wchodzi młody człowiek, pracownik Tygodnika powszechnego, którego nic nie obchodzi, co ja tu piszę, jedynie najodleglejsze skojarzenia próbuje nagiąć do tematu firmy swojego pracodawcy, to mam coraz wyraźniejsze podejrzenia, że dzisiejsza, sześćdziesięcioletnia już, tajemnicza Redakcja Tygodnika Powszechnego wychowuje tam młodzież stosując niezawodną karę dozwoloną w polskich szkołach pół wieku temu, karę chłosty. Jeśli apostołowie nowego kształtu Tygodnika po blogach go nie reklamują, z pewnością są tam karani metodą konwencjonalną i niezawodną. Trudno bowiem wyjaśnić zjawisko wręcz japońskiego dbania o swoją firmę dobrowolnie.
Jednak z ich byłym pracownikiem, Jerzym Pilchem rzecz ma się inaczej. Pilch nie pracuje w Tygodniku już od dziesięciu lat, a jednak Tygodnik nie daje mu spokoju. Wygląda na to, że dziesięć lat spędzonych w Tygodniku były latami tak prestiżowymi, że trzeba o nich ciągle przypominać. Więc pisarz, mimo późniejszych sukcesów na polu literatury nie omieszkuje, co i rusz przywoływać swoich znakomitych kolegów jak kumpel z wojska zawadiacko wspominając, jakeśmy rozrabiali. Niestety, nic z tego nie wynika oprócz popisu, peanów na cześć Skwarnickiego i ich piór nie do obrony, natomiast nieprzyjemne pomruki odnośnie osób spoza klanu („Jedna maluczka dusza”) w formie jeszcze żartobliwej ironii kwitując decyzję o rezygnacji pisania przez niego felietonów jako osoby rzekomo niezbędnej w tym heroicznym zajęciu zarobkowym:

Farewell, Miss Iza, farewell” - tak brzmi tytuł ostatniego, pożegnalnego tekstu ogłoszonego przezeń na łamach „Tygodnika Powszechnego” i jest w tym tytule - tak jak to u Markowskiego, póki był między nami, bywało -wszystko: klasyka, języki obce, delikatna ironia, dowcip błyskotliwy, skromność prawdziwa, nowa wreszcie interpretacja starej sceny. 

Natomiast w konflikcie z Marcinem Świetlickim, w tym odgryzieniu się poecie, pozostawionym przecież bez jego odpowiedzi i szansy na odpowiedź, pomruk groźby i prawdziwej niechęci jest już bez kokieteryjnej ironii, jak najbardziej prawdziwy. Toteż zdumiewają słowa zdziwienia w felietonie „Znaki przyjaźni, hieroglify wrogości” poświeconym Korespondencji Herbert - Miłosz:. …..

Dlaczego Herbert istniejący w świecie dzięki temu, że pierwsze Jego tłumaczenia na angielski zrobił Miłosz, po latach pisze miażdżącą kalumnię o Ziemi Ulro, która Jego zdaniem jest „niechlujną stylistycznie i rozwichrzoną myślowo gadaniną”?
Ma się rozumieć ani On, ani nikt inny nie miał i nie ma powinności adoracji żadnej książki Miłosza, ale On miał z pewnością obowiązek powściągliwości. Zasada, że o kolegach pisarzach mówi się tak jak o nieboszczykach: albo dobrze, albo wcale, za Jego czasów obowiązywała niepodważalnie. (Prawdę powiedziawszy, do dziś ta reguła obowiązuje, przekraczać ją można w zupełnie wyjątkowych sytuacjach, na przykład w fundamentalnej obronie ewangelickiego sera).

Trzecim tematem jest polityka. Niewybredna, dokopująca, nie przebierająca w słowach filipika negująca braci Kaczyńskich, inteligentnie nabijająca się z Romana Giertycha, zniesmaczona wyniesieniem Andrzeja Leppera do najwyższych godności państwowych. Te przemijające doraźne przecież zjawiska polskiej obyczajowości, te felietonowe sprawy, o których po latach trudno nam będzie pamiętać, kto kim był, co popsuł i dlaczego, zajmują autorowi masę miejsca, słów i energii. Tu kopie bez żadnych hamulców, wybiegów i meandrów woali by powiedzieć, a nie obrazić. Jest bezceremonialny, obraża, używa słów knajackich i niewybrednych.
Felieton jest spontaniczny, gorący, jest formą, gazetową, a więc z założenia teraźniejszą, pełną spraw toczących się na naszych oczach. Wycieczki historyczne, wycieczki w głąb własnej historii, a autor jest moim rówieśnikiem, więc i dla mnie fakty są weryfikowalne, niejednokrotnie nietrafione, z ich oceną się nie zgadzam. Bo cóż ma nasza młodość, nasze trzydzieści lat do umniejszenia odrażającego czasu lat osiemdziesiątych w Polsce? Sentyment do… stanu wojennego? (felieton pt „Czy stan wojenny był sexy?”) A ocena listy Wildsteina? „Lista Wildsteina Polskie wieprze, ubeckie perły.” A dobre imię własnych rodziców, na których nie wolno niczego złego powiedzieć?
O jakże inna jest ta literacka kreacja od również startującego do nagrody Nike Bronisława Świderskiego! Literatury pisanej z prawdziwej konieczności, a nie z wyciskania, jak z zużytej tubki, tematów do następnego felietonu.
Ale żyć trzeba i trzeba zarabiać. Można podziękować tylko Jerzemu Pilchowi, że oszczędził mi felietonów o futbolu, których postanowił nie włączać do tego zbioru, gdyż temat jest tak pasjonujący, że będzie stanowić osobną książkę (pewnie kandydatki do Nike 2009).

→ No CommentsTags: czytam więc jestem

ZESZŁEGO ROKU W MARIENBADZIE

June 27th, 2008 · No Comments

Nic mnie nie łączy z wami. Wybacz, jeśli się pchałam w pomyleniu.
Dusze są w innym planie razem. W innym wymiarze i natchnieniu.
Dzisiaj, gdy lato jest tak drogie, że za nic kosztowności świata
nie wrócą możliwości czasu drwiny z pragnienia spotkań lata
zeszłego roku. Nie, nie bywa tak złudna pamięć jak w tym filmie.
W surrealizmie obca trauma, obcy realizm. Tylko gminnie
można się śmiać. Jarmarcznie, dziko, bez spekulacji intelektu,
śmiech pozostaje, gdy przeminie groza bezsilna. Gdyż defektów
nic nie usunie. Bezradności pragnień i tak nie zmaże wiara:
człowiek jest stadny, by mógł szukać podobieństw. I się starać
ominąć wiedzę osobności w wielości, która i powiedzie
w złudę nadziei, w fałsz zbliżenia tych, co nie lubią właśnie ciebie!
Którzy wybrali wśród miliona po to, by zniszczyć zachwyt szczery.
Ach, aspiracje są prawdziwe. Gorzej z kontaktem. Źle z litery
prawa do wspólnotowej strawy. Nie, nie ma miejsca i nie będzie!
Banicja to jest obcość trwania. A lato mija w szybkim pędzie.

→ No CommentsTags: 2008 · Nie daję ci czytać moich wierszy